Rano wstałem o piątej, a jak tylko zaczęło się rozwidniać, ruszyłem w drogę. Dzięki temu już o 10 mogłem się zameldować w
Tikal. Tikal przedstawiać nie trzeba – to największe lub jedno z największych miast imperium Majów, wyjątkowo malowniczo położone w sercu dżungli, nieopodal granicy z Meksykiem. Kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, również w środku dżungli, ale po stronie meksykańskiej, leży drugie wspaniałe miasto Majów Calakmul, widziane przez nas w
2019 r.). Tikal jest na oko rozleglejsze od Calakmul, ale to „na oko” tym razem myli – po prostu strefa dostępna dla zwiedzających jest tu dużo większa. Ma też nieco wyższe piramidy. Za to w Calakmul piramidy są potężniejsze, a miejsce odwiedza znacznie mniej turystów (co jest z mojego punktu widzenia dużą zaletą). Myślę, że w sumie można postawić między tymi dwoma miejscami znak równości. Same zresztą usilnie ze sobą rywalizowały, tocząc pomiędzy VI a VIII w. dwustuletnią wojnę.
Wizyta w Tikal może spokojnie zająć cały dzień, a co najmniej pół. Ja wyrobiłem się w krótszym czasie, i to mimo faktu, że uczciwie odwiedziłem praktycznie wszystkie struktury, wspinając się na największą piramidę - 65-metrową
świątynię IV. Ominąłem tylko jedną, mniej znaczącą strukturę na lewo od wejścia. Wychodząc, byłem solidnie zmęczony, ale zachwycony – uwielbiam takie miejsca, warto dla nich pokonywać trudy podróży. Żałowałem trochę, że Tikal nie było moim okrągłym odwiedzonym miejscem z listy, ale wszystkiego mieć nie można.