Jak już wczoraj pisałem, drugą połowę dnia spędziłem w autobusie jadącym z Datong do Wutaishan. Bilet rezerwowałem wcześniej przez internet i czekał na mnie wydrukowany w kasie, mimo że miałem jego zdjęcie w telefonie. Autobus jechał 5h, a to z powodu zamkniętej drogi z powodu ulewnych deszczy. Bo mniej więcej połowa z tych 5h wiodła przez górskie, kręte drogi, po których kierowca pędził jak wariat. Sceneria była za to bardzo przyjemna, szczególnie wiejskie zagrody, z których każda była pokryta dachem z kamiennych dachówek, zwieńczonym motywem smoka.
Celem podróży była wpisana na listę UNESCO
Góra Wutai, jedno z czterech najświętszych dla buddystów miejsc w Chinach. Autobus zatrzymał się przy wjeździe do obszaru chronionego i każdy musiał kupić bilet za 135 yuanów.
Spałem w centrum turystycznym tego regionu, miasteczku Taihuai. Jak na centrum pielgrzymkowe jest to bardzo rozrywkowe miejsce – restauracji jest bez liku, alkoholu leje się dużo i jest też dostępny w licznych sklepach monopolowych. Czytałem wcześniej opinie zdegustowanych turystów, którzy nie czuli tam żadnej atmosfery duchowości i to się jakby potwierdziło, przynajmniej pierwszego wieczoru.
Prognozy pogody na dzisiaj nie były optymistyczne. Mniej więcej do 11.00 miała być dobra pogoda, po czym miało się rozpadać. Musiałem dostosować do tego swoje zwiedzanie, bo dziś chciałem opuścić Taihuai. Wstałem więc o 6 i już o 6.30 wyruszyłem na szlak. W okolicach góry Wutai funkcjonuje system bezpłatnego transportu, płacić trzeba tylko za busiki wiodące do jednego z pięciu tarasów, na których znajdują się świątynie (po chińsku „wu” znaczy „pięć”). Odwiedzenie tych pięciu tarasów uznaje się za „wielką pielgrzymkę”, ale to trudna wyprawa zajmująca dwa, a najlepiej trzy dni. Można też zrobić „małą pielgrzymkę” do świątyni
Dailuoding, do której wiedzie 1080 stromych schodów (można też podjechać kolejką linową jakby kto chciał). Udałem się więc na „małą pielgrzymkę”, przy okazji obserwując dziesiątki pątników. Niektórzy co mniej więcej trzy stopnie padali na kolana i oddawali głęboki pokłon, wstawali, pokonywali trzy stopnie i robili to samo. Rekordziści albo padali plackiem co te trzy stopnie albo wykonywali ten pokłon na każdym stopniu, a więc 1080 razy!
Ja też postanowiłem, że zrobię wyrzeczenie, i ani razu po drodze się nie zatrzymałem. Pardon, zatrzymałem się raz aby dać jałmużnę facetowi bez rąk, który w podzięce chciał dać mi brzoskwinię, wręczając ją kikutami, co wyglądało dość wzruszająco. Jałmużnę, jak wszystko w Chinach, można dać za pośrednictwem WeChat, choć można też tradycyjnie dać pieniążek.
A więc nie jest prawdą, że w Wutai nie ma duchowej atmosfery. Było jej pod dostatkiem również w innych świątyniach, które widziałem, po kolei: Tayuan z Wielką Białą Pagodą, symbolem Wutai (ta była zamknięta, ale pagoda jest doskonale widoczna z zewnątrz), Xiantong, Guangren, Shuxiang, Zhenhai, Puhua, Dawenshu i Lingfeng. Ludzie przychodzili, modlili się i składali ofiary, autentycznie przeżywający duchowość tego miejsca.
Chciałem opuścić Wutaishan tym samym autobusem do Datong i wysiąść sporo wcześniej, w miasteczku Shahe, gdzie jest stacja kolejowa nazywana dla niepoznaki Wutaishanbei (Północna Góra Wutai). Niestety, nie pozwolono mi na to z powodu tego, że jakoby autokar jedzie inną drogą i się nigdzie nie zatrzymuje. Wątpię w to, ale rad nierad musiałem zmienić plany i śpię w Taiyuan, największym mieście prowincji Shanxi. Na plus tego rozwiązania jest to, że nie będę musiał się zrywać o 4 rano na kolejny pociąg.