DygresjaTytuł nawiązuje do mojej ostatniej podróży do Czech, która była jednocześnie wieczorem kawalerskim mojego (już obecnego) szwagra. Hymnem naszej podróży była piosenka „Długa noc” Heleny Vondraćkovej i tak mi się skojarzyło.
Koniec dygresjiA skojarzyło mi się, bo dzień był rzeczywiście długi. Trzeba było nadrobić dzień oczekiwania na nowe auto, podczas którego zwiedziliśmy jedynie Bucharę. Plan pierwotny też przewidywał Bucharę, ale z dalszą drogą do Chiwy, i tam nocleg. A z Buchary do Chiwy jest jakieś 6h drogi, z Nawoju, gdzie spaliśmy – 7,5h, więc takie było nasze opóźnienie względem pierwotnego planu. Wyruszyliśmy więc jak najwcześniej rano, nadrobiliśmy trochę czasu (droga A380 łącząca Bucharę z Urgenczem jest na przeważającym odcinku świetnej jakości) i już koło 14 zameldowaliśmy się w Chiwie. Zabytków Chiwy szczegółowo opisywać nie będę – miasto starożytne, ale odbudowane do wyobrażonej postaci, jaką mogło mieć w XIX w. Większość zabytków pochodzi z tego okresu, kiedy Chiwa była już pod kontrolą Imperium Rosyjskiego. Starówka jest odnowiona pięknie, wręcz idealnie, i jasne jest, że Chiwa nigdy tak idealnie nie wyglądała. Ale gwoli ścisłości, krakowska starówka (i tysiące innych zabytków na świecie) też nigdy nie miała takiej postaci, w jakiej ją widzimy obecnie. Trudno więc winić Uzbeków, że odrestaurowali (a po części stworzyli) miasto, które może służyć za ilustracje do „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Chiwa była kiedyś bardzo ważnym punktem Jedwabnego Szlaku i miejscem, gdzie odpoczywano przed wyruszeniem na pustynie Persji. Była też centrum medycyny, a muzeum medycyny w jednej z madras jest chyba najciekawszym punktem zwiedzania miasta.
Obeszliśmy w sumie niewielką starówkę Chiwy wzdłuż i wszerz, zjedliśmy obiad i zastanawialiśmy się, co robić dalej. Była 17.30, mogliśmy zostać w Chiwie lub wracać do Buchary, w której mieliśmy być koło 23.30. Czasem mam wrażenie, że się starzeję i wybieram rozwiązania łatwiejsze, ale tym razem poszliśmy drogą Indiany Jonesa i kopsnęliśmy się w podróż powrotną. Mimo przygód (tankowanie zajęło mi z 20 minut, bo skończyło się paliwo i dystrybutor naliczył mi sporo więcej, niż miała pojemność baku; trzeba było trochę odkręcać) udało się dojechać do hotelu już o 23.00. I to pomimo denerwującego zwyczaju uzbeckiej policji, która na pustej drodze po prostu zatrzymuje auta, po czym nie robi nic. Kierowca ma za zadanie odczekać tak z 30 sekund i sobie jechać dalej. Na początku strasznie mnie to dziwiło i pytałem policjantów, czy mogę jechać. Potem się przyzwyczaiłem i robiłem jak inni.
Podsumowując – trochę poświęcenia i 11h za kółkiem sprawiło, że nadrobiliśmy stracony na wymianę auta czas. Jeszcze Stock nie taki wapniak i Stock Team potrafi! (tak przy okazji, w samotnych podróżach jestem w stanie robić luzem takie przebiegi, ale z rodziną to co innego – potwierdzi to każdy, kto rodzinę ma).