Deszcz padał całą noc, na szczęście nie bardzo mocno, ale i tak drżeliśmy o drogę powrotną. W pewnym momencie nie było jak jechać – na drodze była jedna wielka kałuża. Wjechałem i ugrzązłem mimo że miałem SUVa z większym prześwitem. Cofnąłem natychmiast i w tempie 1 cm na sekundę udało się wyjechać z pułapki. Dalej było już lepiej, ale zimne poty wystąpiły nam na czoło.
Już na normalnym asfalcie zatrzymaliśmy się na postój, aby przekonać się, że w tych kałużach straciłem tablicę rejestracyjną z przodu. Taka sytuacja, w podobnych zresztą okolicznościach, zdarzyła mi się już w
Argentynie). I tak, jak w Argentynie, planowaliśmy przekraczanie kilku granic, co mogło być problematyczne z wybrakowanym samochodem. 6 lat temu mocno się martwiłem, dzwoniłem do wypożyczalni i jeździłem na policję po kwity. Teraz praktycznie się nie przejąłem, po prostu pojechałem dalej. Taktyka okazała się w pełni właściwa, nie było z tytułu braku tablicy żadnych problemów, a wypożyczalnia obciążyła mnie za to kwotą… 50 zł.
Niestety, deszcz dalej krzyżował nam plany. Przyjechaliśmy do wpisanego na listę UNESCO
Mapungubwe - parku narodowego ze wzgórzem będącym stolicą potężnego królestwa, istniejącego między X a XIII wiekiem. W Mapungubwe wykopano interesujące artefakty, w tym będącego symbolem tego miejsca złotego nosorożca. Niestety, tzw. heritage trail z powodu deszczu był odwołany. Co więcej, nie chcieli nam sprzedać biletów do lokalnego muzeum, tłumacząc, że jest w remoncie. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to pojeździć po parku narodowym. Tym razem nie było ryzyka zakopania się w błocie, drogi w Mapungubwe są całkiem dobrze utrzymane. Widzieliśmy trochę zwierząt, – antylopy, gazele, żyrafy, zebry, gnu i jednego słonia. Z drapieżników tylko raz przewinął się szakal lub inny dziki pies, ale nie zdążyliśmy zrobić mu zdjęcia. Widzieliśmy też trójstyk granic RPA, Botswany i Zimbabwe na pobliskiej rzece Limpopo.
Wizyta w parku była w porządku, ale Mapungubwe zostało wpisane na listę ze względu na kulturę, a nie walory naturalne. A z aspektów kulturalnych widzieliśmy na razie guzik. Postanowiliśmy jednak spróbować szczęścia i podjechać do muzeum. Pani bileterka była bardziej liberalna niż ta z recepcji – chciała nas wpuścić pod warunkiem posiadania biletu. Wróciliśmy więc 2 km do recepcji i kupiliśmy bilety praktycznie wymuszając to na pracowniczce. Całe szczęście, bo muzeum okazało się całkiem niezłe. Była nawet replika słynnego złotego nosorożca (oryginał znajduje się w muzeum w Pretorii).