Już w Naracoorte zacząłem pokasływać, wieczorem w hotelu zaczęło mi się robić zimno. Wstałem rano z ewidentną gorączką i paskudnym, płucnym kaszlem. Pięknie się zaczął ten wyjazd, nie ma co, pewnie osłabienie po nieprzespanych nocach temu dopomogło. No nic, trzeba jechać dalej – a tego dnia miałem zaplanowanych co najmniej 7-8 godzin w aucie.
Celem dnia dzisiejszego był pierwszy australijski wpis na listę UNESCO pt.
Rejon Wyschniętych Jezior Willandra. Wpis mieszany, w którym UNESCO doceniło zarówno walory przyrodnicze, jak i kulturowe. Na miejscu próżno szukać tych kulturowych, w Visitors Center można jedynie poczytać, że miejsce było zamieszkałe przez Aborygenów od 40 tys. lat. Nie pamiętam nawet informacji o odkryciu „ludzi z Mungo”, najstarszych szczątków ludzkich w Australii i najstarszej celowej kremacji na świecie. Jest trochę aborygeńskich artefaktów – m.in. dowiedziałem się, że używali dwóch typów bumerangów – powracające i niepowracające, o nieco innym kształcie.
Po wizycie w Visitor Center mogłem wybrać się na samodzielną wycieczkę pod tzw. Chiński Mur. Nie wiem, dlaczego określono to miejsce tak sztampowo, bo żadnego muru nie przypomina. Jest za to trochę fotogenicznych formacji skalnych będących efektem erozji i wypłukiwania przez deszcze. Nic specjalnego szczerze mówiąc.
Willandra to prawdziwy australijski outback. Trzeba tu jechać około 60 km drogą bez asfaltu, która w czasie pory deszczowej może być zamknięta. W porze suchej jest tu z kolei niemiłosiernie gorąco. Ja miałem szczęście – o 9 rano było tylko 16 stopni i wiatr – z gorączką było mi wręcz zimno. Następnego dnia o tej samej porze miało być 8 stopni więcej, a po południu nawet 40 stopni w cieniu.