O 6 rano w poniedziałek, po dwóch nocach w samolocie i jednej krótkiej w hotelu kapsułowym dotarłem w końcu do Melbourne. Formalności graniczne okazały się proste i szybko mogłem opuścić lotnisko, aby solidnie zmarznąć (!). Temperatury podczas australijskiego lata bywają nieprzewidywalne, rano było tylko kilka stopni. Wypożyczenie auta bezproblemowe (w ogóle w Australii chyba wszystko z perspektywy turysty działa bezproblemowo) i mogłem ruszać w drogę. Plan na dziś przewidywał na początku zwiedzenie wpisu z listy UNESCO o tajemniczej nazwie
Budj Bim. Pod tą nazwą kryje się kulturowy krajobraz związany z wierzeniami oraz praktykami miejscowego ludu aborygeńskiego Gunditjmara. Obejmuje m.in. kalderę wygasłego wulkanu i okoliczne jaskinie, gdzie udałem się na początku. Zrobiłem krótki trekking, wlazłem do jednej jaskini, popatrzyłem na jeziorko, poczytałem opisy w centrum interpretacyjnym… i to wszystko, co było tam do zrobienia. Na szczęście popatrzyłem wcześniej na zdjęcia i spodziewałem się zobaczyć tam koale. Miałem szczęście, bo rozejrzałem się na boki i już po dwóch minutach dojrzałem jednego osobnika. Niestety był dość wysoko, do tego ukryty w liściach i gałęziach. A wyjeżdżając wyskoczył mi przed maskę kangur. Ledwo 3 godziny w Australii, a już dwa symbole fauny tego kraju miałem zaliczone.
Miałem jeszcze trochę czasu, więc udałem się do drugiego komponentu Budj Bim – Tyrendarra. Tutaj było trochę więcej kulturowych elementów – jakieś pozostałości (albo repliki pozostałości) chat itp., ale nie chciało mi się za bardzo łazić. Ważną częścią wpisu są lokalne praktyki hodowli oraz połowu węgorzy, wykorzystywane ponoć do dzisiaj. Na podmokłym terenie (w Tyrendarra suchą stopą można było chodzić tylko po pomoście dla turystów) Aborygeni stworzyli system stawów, przepustów i więcierzy. Wszystko jest ładnie opisane w Tyrendarra, ale z uwagi na brak materialnych elementów wymaga sporo wyobraźni.
Z Tyrendarra już tylko rzut beretem dzielił mnie od Naracoorte. Ten „rzut beretem” to oczywiście w kategoriach australijskich – trochę ponad dwie godziny drogi. Odległości są tu naprawdę gigantyczne.
W Naracoorte zwiedziłem kolejny wpis z australijskiej listy UNESCO -
Zespoły skamielin australijskich ssaków. Naracoorte to teren ponad dwudziestu jaskiń, choć tylko kilka jest udostępnionych do zwiedzania. Najbardziej popularne są te z nietoperzami, mnie interesowała w szczególności jedna -
Victoria Fossil Cave, gdzie odkryto setki szkieletów prehistorycznych zwierząt, w tym lwa workowatego, kangura płaskonosego, diprotodona czy megalanii. Można się przekonać jak wyglądały te stwory w miejscowym muzeum, które przy zakupie biletu do jaskini jest za darmo.
Zwierzęta wpadały do dziur w Victoria Fossil Cave przez nieuwagę i nie mogąc się wydostać tam już zostawały, więc mamy niesamowite szczęście, że to miejsce zostało odkryte. Kilka szkieletów jest zrekonstruowanych i pięknie podświetlonych, sama jaskinia jest też interesująca z geologicznego punktu widzenia. Niestety nie da się tego powiedzieć o samej wycieczce z przewodnikiem. Trafiłem na pierwszy dzień wakacji, w mojej grupie było ponad 20 osób, z czego połowa to małe dzieci, i do tej dziecięcej połowy przewodniczka kierowała przekaz.
Z Naracoorte miałem już tylko 337 kilometrów i trzy i pół godziny drogi do Berri, gdzie zaplanowałem nocleg. Krajobraz mocno monotonny, więc nic dziwnego, że co chwila mijałem ostrzeżenia przed zmęczeniem i zaśnięciem. W stanie Victoria jest ich najwięcej, widać, że jest to poważny problem. Innym problemem są najwidoczniej pijani kierowcy, bo billboardów ostrzegających przed jazdą po pijaku jest tez sporo, niektóre dość, że tak powiem, dosadne. Np. piszą DRINK DRIVER. SELFISH PRICK. Słowo „prick” w połowie zasłonięte karteczką zwisającą z palca u nogi w kostnicy. Nic dziwnego, bo cały napis w tłumaczeniu znaczy „PIJANY KIEROWCA. SAMOLUBNY ..UJ”. Przez CH oczywiście.