Geoblog.pl    stock    Podróże    Rodzinne 8000 kilometrów dookoła Iranu    Materiały i metody
Zwiń mapę
2018
21
paź

Materiały i metody

 
Iran
Iran, Lotnisko Chomeiniego
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 3022 km
 
Pozwalam sobie zmałpować tytuł rozdziału od Migot i zamieszczę jeszcze kilka informacji ogólnych.

Samochód wypożyczaliśmy w Saadatrent i nigdy jeszcze nie miałem tak dobrego doświadczenia z wypożyczalnią. Wybraliśmy znany przed laty w Europie model Peugeot 405, którego ostatnie egzemplarze zjechały z europejskiej taśmy produkcyjnej w 1998 r. Nadal są jednak produkowane w Iranie na odpowiedniej sublicencji i do irańskich dróg nadają się fantastycznie. My dostaliśmy model z 2017 r., który w prawdzie z zewnątrz nie zmienił się nic a nic, ale w środku jest całkiem nowoczesny. Mieliśmy m.in. klimatyzację (gorzej z ogrzewaniem, które też czasem by się przydało) czy odtwarzacz CD (do którego wypożyczalnia podarowała irańską muzykę). Nie było niestety tempomatu, który bardzo by się przydał na przeogromnych dystansach, które pokonywaliśmy.

Samochód kosztował 27 euro za dzień. Większość turystów z Zachodu korzysta z jedynej sieciowej wypożyczalni w Iranie, Europcar, który życzy sobie 90 euro za dzień. Różnica dramatyczna, a 27 euro to stawka zupełnie przyzwoita, choć w porównaniu do siły nabywczej euro w Iranie i tak bardzo wysoka. Oprócz tego zapłaciłem 30 euro za odbiór samochodu na lotnisku, 20 za fotelik i 17 za router wifi (tej ostatniej opcji zupełnie nie polecam, znacznie lepiej kupić za ułamek tej kwoty irańską kartę SIM, z tym, że ponoć czeka się trochę na aktywację). Karta kredytowa nie była potrzebna (zachodnie i tak w Iranie nie działają), zabezpieczeniem było 200 euro depozytu, które zostawiłem i odebrałem po oddaniu samochodu.

Pracownik wypożyczalni przywitał nas na lotnisku chwilę po przybyciu, po czym… zaprosił do kawiarni na kawę, soki i lody dla dzieci. Takiego traktowania w życiu się nie spodziewałem, a już na pewno nie ze strony pracownika wypożyczalni. Po krótkich formalnościach już w godzinę po przylocie byliśmy w drodze. Nasz kolega był przez cały okres wypożyczenia obecny na WhatsApp i obiecał, że ostatniego dnia oprowadzi nas po Teheranie, ale z uwagi na jego obowiązki służbowe nic z tego nie wyszło.

Drogi w Iranie są różnej jakości, o szczegółach będzie jeszcze czas opowiedzieć. Jest niewielka sieć płatnych autostrad. Płaci się na bramce i dobrze byłoby poznać wcześniej perskie cyfry, bo to w nich jest wyświetlana należność (zwykle bardzo drobna, w granicach 1-2 zł). Na szczęście w naszych cyfrach „arabskich” są wyświetlane ograniczenia prędkości. Drogowskazy są zazwyczaj w alfabecie perskim i łacińskim. W Iranie jest zatrzęsienie radarów prędkości, ale chyba jakieś 95% z nich nie działa, bo miejscowi kierowcy nic sobie z nich nie robią. Są też częste patrole policji, kontrolującej prędkość. Dwa razy zostałem złapany za minimalnie zbyt szybką jazdę i po jakichś 2-3 minutach z kwitkiem w ręku jechałem dalej. Za te dwa mandaty zapłaciłem w wypożyczalni niebagatelną kwotę 12 euro (łącznie).

GPS - zazwyczaj korzystałem z map offline HereWeGo, ale Iranu nie obsługują. Przerzuciłem się więc na Maps.me i był to bardzo udany przeskok. Maps.me są doskonałe przy wyszukiwaniu obiektów turystycznych czy hoteli – idę o zakład, że wyszukają każdą kupę kamieni o znaczeniu historycznym, nawet gdy nie będzie tam nic oprócz kupy kamieni. Trochę gorzej idzie im z wyborem odpowiednich dróg i czasem posyłają użytkownika na totalny wygwizdów, gdzie bez napędu na cztery koła ciężko jest przejechać. W takich sytuacjach najlepiej jest zrobić odwrót, o czym napiszę jeszcze w szczegółach. Google Maps też działają, ale w sposób niepełny – tzn. pokazują drogę, ale nie nawigują i trzeba samemu sprawdzać, czy jedziesz zgodnie z trasą.

Internet, jak to w reżimach czasem bywa, jest częściowo zablokowany. Nie działają media społecznościowe, serwisy informacyjne i zdecydowana większość blogów. Działa tylko Instagram, a z komunikatorów Telegram i WhatsApp. Działa też Gmail, ale tak naprawdę ograniczenia reżimu łatwo obejść, instalując sobie zagraniczny VPN. Praktycznie każdy z poznanych Irańczyków miał w telefonie VPN i obchodził blokady jak chciał. Nam nie było to potrzebne, a nawet byłem zadowolony z przymusowej, dwutygodniowej diety informacyjnej. Wikipedia czy strony turystyczne działają zresztą normalnie. Internet w hotelach działa różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale najczęściej było dość wolno.

Waluta w Iranie to rial irański (IRR), ale w kraju większość posługuje się tomanami. Toman to dziesięć riali, więc podaną przez sprzedawcę cenę trzeba było szybko pomnożyć przez 10, żeby wyszła kwota w rialach.

Nie wiem, czy wypada być wdzięcznym Trumpowi za cokolwiek, ale turystom odwiedzającym Iran zrobił wspaniały prezent. Jeszcze kilka miesięcy temu euro kosztowało około 50 tys. riali, ale przez zamieszanie z sankcjami i jeszcze większą izolację polityczną Iranu lokalna waluta spadła na łeb na szyję. Jak przylecieliśmy, za euro dawano nam 150 tys. riali, przy wylocie było to już 160 tys. Trzykrotny wzrost przez parę miesięcy! To tak, jakby euro na wiosnę miało kosztować 12 zł. Dla Irańczyków jest to oczywiście dramat, ale turyści mają w Iranie jak w raju. Wszystko jest bajecznie, wprost niewiarygodnie tanie. O niektórych cenach będzie jeszcze czas napisać, ale za kolację dla caej naszej czwórki płaciliśmy zwykle w granicach 20 zł, za wstępy 5 zł, hotel ze śniadaniem 60-80 zł.

Jak już pisałem, polskie i jakiekolwiek europejskie karty bankowe w Iranie nie działają. Cash is the king i trzeba przywieźć ze sobą trochę gotówki. Dolar i euro są jednakowo preferowane, kurs dolara jest może minimalnie lepszy niż to wynika z parytetu w Polsce, ale różnica jest pomijalna. Polecam wymienić większy zapas gotówki, bo poza większymi miastami ciężko jest z wymianą. W dużych miastach w centrum nie ma z tym problemu, ale nawet tam jest czasem tylko jedna „cinkciarska” ulica. Kurs na lotnisku podczas naszego pobytu był bardzo podobny do kursu na mieście.

Hotele - w Iranie nie działa booking.com i inne tego typu strony i ciężko jest nie znając perskiego coś rezerwować z wyprzedzeniem. Nie ma zresztą takiej potrzeby, bo hotele występują w ilości wystarczającej. Wystarczyło wpisać w maps.me hotel + nazwa miasta, a we wszystkich powyżej 50 tys. mieszkańców znajdowało co najmniej jeden obiekt. A tam zawsze były wolne pokoje trzyosobowe, o dwuosobowych nawet nie wspominam. Standard zwykle dość podstawowy, ale akceptowalny – wszędzie było czysto i schludnie, z ciepłą wodą i ciepłymi grzejnikami. W Iranie jest organizacja turystyczna posiadająca swoje hotele prawie wszędzie – można je poznać po „Tourist Hotel” w nazwie – standard jest niezły, a cena niska, oprócz tego zawsze działa tam restauracja i nie trzeba chodzić wieczorami w poszukiwaniu jedzenia. Ceny, jak już mówiłem, wahały się od 1,5 do 4 milionów riali (czyli od 10 euro do niecałych 30) ze śniadaniem.

Jeśli o jedzeniu mowa, to ten aspekt nas trochę rozczarował. Irańczycy są dość monotematyczni i najchętniej to by jedli chyba tylko kebaby (w wersji grillowanej jak nasze szaszłyki, nie takiej w bułce). Zwykle nasz obiad czy kolacja składał się z miksu takich kebabów z baraniny i kurczaka, plus ryż lub pyszny irański chlebek. Dobre to było, ale ile można...

Sezon turystyczny - Iran to kraj gorący i wakacyjne miesiące raczej z założenia odpadają. Czytałem opisy podróży w maju, gdzie na pustyni Lut kolega niechętnie wysiadał z samochodu z powodu obezwładniającego gorąca. Mężczyzna, a co mówić o kobietach, które w Iranie muszą nosić chusty. Koniec października wydaje się więc czasem idealnym. Na wspomnianej pustyni przebywaliśmy w temperaturze 34 stopni, na południu było w granicach 30. W górach z kolei czekał nas szok, temperatura spadała do nawet kilku stopni w dzień, a nawet poniżej zera w nocy. Na szczęście praktycznie nie padało, co może się zdarzyć w górskich regionach kraju. Deszczu doświadczyliśmy raz, w nocy na górskiej drodze, i nie było to doświadczenie przyjemne. Ogólnie jednak trafiliśmy na idealną pogodę i szczerze polecam tę porę roku na Iran. Prawie wszędzie byliśmy jedynymi turystami spoza Iranu, a w niektórych miejscach nawet miejscowych była tylko garstka.

Komunikacja - przed podróżą zwykle czytałem, że Irańczycy lubią turystów i zazwyczaj nie mają problemu z angielskim. Może to i prawda w dużych miastach, ale na pewno nie na prowincji, gdzie spędziliśmy większą część podróży. Jako tako po angielsku mówią w hotelach, ale jedzenie prawie zawsze trzeba było zamawiać pokazując palcem na mięso do upieczenia. Ci, którzy po angielsku mówią, rzeczywiście komunikują się chętnie.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
wiza do Iranu
Wybierasz się tam? Będzie ci potrzebna wiza do Iranu. W Geoblogu możesz ją zamówić z dostawą do domu! Zobacz cenę wizy do Iranu, oferujemy najniższe stawki pośrednictwa w uzyskaniu wiz.
Komentarze (6)
DODAJ KOMENTARZ
migot
migot - 2018-11-08 22:49
Ha, właśnie tytuł brzmiał znajomo ;) Świetnie się ten Iran zapowiada! I te ceny - jakkolwiek dla mieszkańców kraju fatalnie, tak dla turysty prawdziwa gratka...
 
marianka
marianka - 2018-11-09 11:45
O, fantastyczne podsumowanie i masa praktycznych informacji. Zdaje się, że niedługo pójdziemy w Wasze ślady :)
 
zula
zula - 2018-11-09 15:19
Przeczytałam wszystkie informacje i pomyślałam... JADĘ ! :-)
...czytam dalej !
 
undefined
undefined - 2018-11-14 14:48
Najpierw pomyslalam, ze nie wierze w ten samochod - jak mozna swobodnie poruszac sie np. po Teheranie! Jesli jednak glownie byla prowincja - to juz wierze;-)
Jesli chodzi o jedzenie to mam przyjemniejsze wspomnienia, ale to pewnie glownie zasluga pewnego Iranczyka, ktory zamawial dla mnie jedzenie specjalnie - kucharze dwoili sie i troili, w wyniku czego codziennie dostawalam cos innego;-) I bezmiesnego:-)
Co do Trumpa i cen...niestety, Iranczycy w Berlinie rozpaczaja...pokladajac jednoczesnie w tym czlowieku ogromne nadzieje na polityczne zmiany...
 
mamaMa
mamaMa - 2018-11-14 14:49
Komentarz powyzej ode mnie:-)
 
stock
stock - 2018-11-14 15:33
Prowincja prowincją, na 20 największych miast byliśmy w 14 - w centrum albo na ich zakorkowanych pseudo obwodnicach. Wszędzie się da jechać, a najgorszy wcale nie był Teheran, tylko całkowicie rozkopany Chorramabad.
 
 
stock
Wojtek
zwiedził 31.5% świata (63 państwa)
Zasoby: 386 wpisów386 1266 komentarzy1266 3649 zdjęć3649 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
 
27.06.2018 - 09.07.2018