Ostatniego pełnego dnia miałem ambicję zobaczyć kolejne dwa miejsca z listy UNESCO. Pierwszym była
Góra Tai albo
Taishan, drugim świątynia, dom i cmentarz Konfucjusza. Zobaczenie obu w jeden dzień to pewne wyzwanie, więc wystartowałem z Pekinu pociągiem o 6 rano, aby dotrzeć do miasta Tai’an o 8.
Taishan jest jedną z najświętszych gór w Chinach, a jeśli chodzi o taoizm – prawdopodobnie najświętszą. Dość powiedzieć, że aż 72 chińskich cesarzy złożyło wizytę na tej świętej górze. Góra wywarła przemożny wpływ nie tylko na Chiny, ale i na okoliczne kraje – podobno w Wietnamie, Korei czy Japonii są miejscowości i wyrażenia odnoszące się do Góry Tai. Jej znaczenia nie sposób przecenić, co doceniło również UNESCO. Taishan była w grupie najwcześniejszych chińskich wpisów w 1987 r., jest również jednym z dwóch miejsc z listy wpisanych na podstawie aż siedmiu kryteriów (drugim są parki narodowe na Tasmanii).
Na górę można się wspiąć, ale wymaga to pokonania 6660 schodów. Głowy nie dam, że jest to dokładna liczba, ale z przewyższeniem rzędu 1391 metrów nie ma żartów. Wspinaczka zajmuje około 4-6 godzin i jest bardzo popularna w godzinach nocnych, aby zdążyć na wschód słońca. Oczywiście z braku czasu podziękowałem za taką atrakcję i zdobyłem górę w stylu prawdziwego podróżnika – kolejką linową. Kolejka jest bardzo malownicza, głowę bym dał, że czasem przewyższenie sięga z 200 metrów, albo i lepiej.
Sama góra też jest malownicza, tym bardziej, że miałem dobrą pogodę. Przeszedłem się więc po okolicznych światyniach i punktach widokowych. Tu dla odmiany nie było świątyń buddyjskich, ale były taoistyczne. Różnią się tym, że nie ma w nich posągów Buddy, tylko jakieś inne. No i w większości nie można robić zdjęć. Serio, dla niewprawnego oka (a moje takie jest) te świątynie są do siebie bardzo, ale to bardzo podobne.
Mimo wszystko poczułem pewien zawód. Spacerowałem wśród tłumów turystów po ładnym krajobrazie, ale za cholerę nie mogłem poczuć wyjątkowości tego miejsca. Owszem, to ładna góra, ale takich ładnych gór są setki w Chinach, nie mówiąc już o świecie. Świątynie też jakby takie nieszczególnie oryginalne… A może po tygodniu miałem już przesyt Chin?
Taishan to miejsce dość drogie. Bilet wstępu kosztuje 155 yuanów, kolejka 100 yuanów w jedną stronę, do tego autobus wahadłowy do kolejki kosztuje 40 (dziwnym trafem zapłaciłem tylko zjeżdżając). A z autobusu do dworca kolejowego też trzeba wziąć taksówkę (koło 20-25 yuanów) lub pojechać ponad godzinę autobusem za 1 yuana, jak ja to zrobiłem. Nawet w wariancie minimum wychodzi 400 yuanów, czyli ponad 200 zł. No chyba, że ktoś pokona drogę od podstawy do wierzchołka na piechotę (i z powrotem).
Na zakończenie zaserwowałem sobie jeszcze jedną świątynię. Ale za to nie byle jaką, bo założoną w miejscu, gdzie nieopodal urodził się i został pochowany niejaki
Konfucjusz. Konfucjusz to myśliciel, który jak nikt inny wywarł wpływ na rozwój Chin i oprócz Buddy był chyba najważniejszym głosicielem idei w całej Azji (no dobra, Chrystus też działał w Azji, ale jakoś niewielu go z Azją kojarzy, przynajmniej jeśli chodzi o oddziaływanie). Konfucjusz był raczej nauczycielem i filozofem niż twórcą systemu religijnego, tym więc dziwniejsze, że stawia się mu świątynie i czci co najmniej jak proroka. Z Chrystusem miał tyle wspólnego, że za życia nie cieszył się wielką popularnością, a jego nauki rozprzestrzenili uczniowie.
W kompleksie w Qufu znajduje się świątynia Konfucjusza, jego dom i cmentarz, na którym jakoby jest pogrzebany. Zobaczyłem tylko dwa pierwsze, cmentarz odpuściłem, nie chcąc lecieć z językiem na brodzie na pociąg. Osobliwością domu było to, że należał on do potomków Konfucjusza przez co najmniej 70 pokoleń. W zasadzie całkiem niedawno, bo tuż przed zwycięstwem komunistów ostatni z rodu Konfucjusza właściciel domu opuścił Qufu i uciekł na Tajwan.
Za mną wyjątkowo długi dzień. Wyszedłem z hotelu o 5.20, żeby do niego wrócić około 21.40. Ponad 16 godzin na nogach! To na szczęście ostatni dzień podróży, jutro tylko wylot do Europy. Miałem jeszcze dziś napisać podsumowanie, ale to pozostawię sobie na jutro.