Spaliśmy w Kimberley, stolicy Prowincji Przylądkowej Północnej i miejsca znanego z wydobycia diamentów pod koniec XIX i na początku XX w. Nasz hotel pochodził z 1872 r., a więc z czasów, kiedy rozpoczęto w Kimberley wydobywanie diamentów. Przez 40 lat wykopano stamtąd ponad 2,7 tys. kg diamentów, a powstała stąd wielka dziura długo dzierżyła tytuł największego dołu wykopanego przez człowieka. Miejsce jest bardzo popularne, w niedzielę o 8 rano było już sporo autokarów. Poza samą dziurą można tu pozwiedzać muzeum diamentów, poczytać o historii i obejrzeć kopie najbardziej znanych diamentów świata.
Z Kimberley pojechaliśmy do miejsca, które kiedyś było jeszcze większą dziurą. Mowa o
Vredefort Dome (Kopule Vredefort), największym na świecie kraterze uderzeniowym. Jakieś 2 miliardy lat temu przywaliła tu w ziemię planetoida o średnicy od 15 do nawet 25 kilometrów. Powstał z tego krater o średnicy nawet do 300 km, z racji swoich rozmiarów niewidoczny z powierzchni ziemi. Vredefort ciężko się ogląda bez wsparcia profesjonalnych geologów, dlatego jeśli ktoś ma ochotę, można kupić wycieczkę nawet z profesorem geologii. Jestem jednak przekonany, że dzieci nie doceniłyby tego wydarzenia, w związku z tym tylko przejechaliśmy przez to miejsce, zatrzymując się przy skałach, które uznaliśmy za ciekawsze.
Powrót do Johannesburga miał być tylko formalnością, choć chcieliśmy zobaczyć po drodze kilka miejsc związanych z apartheidem. Natura miała inne plany – rozpętała się ogromna burza z najpotężniejszym gradem, jaki widziałem w życiu. Schowaliśmy się pod wiaduktem autostrady, ale i tak grad zrobił nam małą szczerbę w przedniej szybie.
___________
Czas na małe podsumowanie naszej krótkiej, ale przyjemnej wycieczki do RPA i okolic. W 8 dni przejechaliśmy 4404 kilometry, co daje średnią ponad 500 na dzień. Sporo, ale jakoś tego nie czuliśmy, drogi asfaltowe w RPA są przeważnie dobrej jakości. Co ciekawe, na autostradach obowiązuje tu limit 120 km/h, a poza autostradami… też 120 km/h. Można więc całkiem sprawnie się przemieszczać.
W RPA ludzie mają spore obawy o bezpieczeństwo. Wokół nas zawsze było spokojnie, nie czuliśmy nigdzie zagrożenia, ale te obawy mogę zrozumieć. Po locie powrotnym porozmawialiśmy z Polką, którą podczas wyjazdu okradziono – siedząc w aucie kupowali owoce od przydrożnych sprzedawców, kiedy jeden z nich zerwał z niej łańcuszek, odblokował drzwi, a jego kompani ukradli wszystko, co leżało luzem w aucie. Trzeba więc uważać.
RPA to nie jest może super tani kraj, ale jednak jest dużo taniej, niż w Polsce. Litr benzyny kosztuje 4 zł, hotele znajdowaliśmy za 150-250 zł, posiłki… tu musimy posypać głowę popiołem, bo jedliśmy głównie śmieciowo w fast foodach, więc nie wyszły więcej niż 100 zł za obiad za 4 osoby. W supermarketach jest dość tanio, choć nabiał i wędliny są droższe niż w Polsce.
Wyjazd udał się bardzo dobrze również ze względu na współpracę rodzice-dzieci. Nie było żadnych wielkich narzekań, marudzenia i problemów, które pamiętaliśmy z poprzednich wyjazdów. Praktycznie codziennie wstawaliśmy o 5.30, budząc dzieci o 6.00 i koło 6.30 wyjeżdżając w drogę. Poza pierwszym dniem nie jechaliśmy jednak po zmroku – trochę z uwagi na bezpieczeństwo, ale głównie dzięki dobremu planowaniu.
Jedyne, co się niezbyt udało, to podróż powrotna. Lot do Frankfurtu przebiegł bez problemu, ale ten z Frankfurtu najpierw się opóźnił, potem go odwołali, a następnie odwołali nasz kolejny lot i musieliśmy jechać pociągiem.
Dziękuję za uwagę i te komentarze, które moglibyście dodać gdyby było to możliwe na Geoblogu. Następna relacja w marcu, oby tym razem z komentarzami!