Pod koniec listopada miałem kłopot bogactwa. 5 wolnych dni do wykorzystania do końca roku… Wykorzystane być musiały, bo przy zużyciu całego urlopu moja firma daje aż dwa dodatkowe dni w roku następnym, a takiej okazji przecież przegapić nie mogę.
Zacząłem poszukiwania. Miałem podróżować samodzielnie, więc w grę wchodził cały świat, poza nielicznymi krajami typu Tajlandia, które zostawiam na podróż rodzinną. Idealnie by było wybrać się gdzieś od 27 grudnia do 6 stycznia, ale ceny w tym okresie były prawdziwie zabójcze. Nie mogłem znaleźć żadnej trasy do Ameryki Południowej za mniej niż 6 tysięcy złotych! W rezultacie rozszerzyłem poszukiwania i znalazłem wreszcie coś akceptowalnego cenowo na okres przedświąteczny.
Plan wydawał się szalony i w istocie taki był… Bo kto to widział, polecieć na tydzień do Australii? Tam się leci na 3 lub 4 tygodnie albo i dłużej. A żeby było jeszcze bardziej szalenie, pierwotny zamysł przewidywał wielką pętlę wokół trzech stanów, z ponad 1000 kilometrów jazdy dziennie. Z tego planu jednak zrezygnowałem, a to głównie z powodów pogodowych. W międzyczasie wykuł się inny, jakby nie patrzeć realniejszy.
Droga do Australii nie jest prosta. Można zapłacić jak za zboże i polecieć z jedną tylko przesiadką w Zatoce Perskiej lub w Chinach. Inne opcje to dwie przesiadki – np. jedna w Stambule, druga w Kuala Lumpur. Moja trasa uwzględniała aż trzy linie lotnicze i trzy przesiadki – jedna w Mediolanie, druga w Maskacie, a trzecia w Kuala Lumpur. I tu zrobiłem przystanek, który opiszę w następnej notce.