Z Taszkentu do Manili miałem się udać południowokoreańskimi liniami Asiana, a stop w Seulu miał trwać 12h. Asiany nie znałem, ale po południowokoreańskiej linii spodziewałem się dużo – wszak ich konkurent Korean Air to jedna z najlepszych linii lotniczych na świecie. Srodze się niestety zawiodłem – linia jest przestarzała, a rozrywka pokładowa pamięta jeszcze czasy Windowsa 95. Słabiutko.
Asiana zawiodła mnie podwójnie, bo wylecieliśmy z dużym opóźnieniem. Z 12h w Seulu zrobiło się 10, a po monstrualnych kolejkach po pieczątkę – nawet poniżej 9h. Chciałem zwiedzić brakujące w Seulu miejsca z listy UNESCO, ale udało mi się dotrzeć tylko do jednego – fortecy
Hwaseong w Suwon pod Seulem. Jedna z ważniejszych rezydencji dynastii Joseon jest znana przede wszystkim z prawie 6-kilometrowego, praktycznie w całości oryginalnego muru, wzbogacanego wieżami obronnymi i sekretnymi przejściami. Bardzo przyjemny, choć nieco męczący spacer.
Sam Seul zaskoczył mnie lekko negatywnie. Spodziewałem się, że Korea będzie stolicą nowoczesności, a tu zonk – za bilet na metro nie można nawet zapłacić kartą, tylko w gotówce. To samo z autobusem na lotnisko. Zapuściliście się drodzy Koreańczycy.