Nie znoszę określenia „kraj kontrastów”. Tak naprawdę o każdym kraju można tak napisać, bo przecież kontrasty, zazwyczaj duże kontrasty, są wszędzie. Tego typu określenia zazwyczaj nie wnoszą kompletnie nic do dyskusji i znajomości opisywanego miejsca, ot, kolejne trywialne określenie napisane z braku lepszego pomysłu.
Mam jednak nadzieję, że wy Drodzy Czytelnicy nie daliście się zniechęcić temu banalnemu tytułowi. Poniżej wytłumaczę, dlaczego go użyłem.
Jest zrozumiałe, że stolica wyróżnia się na plus w porównaniu z innymi miastami kraju. Zrozumiałe jest nawet to, że różni się gigantycznie od miast na prowincji. To samo tyczy się infrastruktury – drogi główne są na ogół w lepszym stanie od lokalnych. W Turkmenistanie jednak ta zasada została sprowadzona do absurdu. Kolejni trzej prezydencji pakowali i pakują niemal wszystko w Aszhabad, tworząc z niego surrealny pomnik przepychu. Niektóre inne miasta też dostają swoją część z pańskiego stołu – Mary ma ładne budynki i autostradę do stolicy, Turkmenbaszy nowe lotnisko. Ale jedna z trzech głównych dróg kraju – ta wiodąca na północ do Uzbekistanu - woła ciągle o pomstę do nieba. Niestety przyszło nam nią dziś jechać. Aby zdążyć wykonać to, co zaplanowaliśmy, musieliśmy wstać o 2.45, o 3.00 wyjeżdżając w trasę. 290 km do Kunia Urgencz zajęło nam 7h! Droga była tak straszna, że mogę ją śmiało porównać z tymi z Madagaskaru. A przecież mówimy o kraju, który ma jedne z największych złóż gazu ziemnego na świecie!
Potwornie zmęczeni i wytrzęsieni dotarliśmy do
Kunia Urgencz, jednego z ważniejszych miast Jedwabnego Szlaku, stolicy Chorezmu i niegdyś najwspanialszego miasta Azji Środkowej. Kunia Urgencz może się mienić atrakcją nr 2 Turkmenistanu, ale w opinii znawców nie umywa się do Chiwy, Buchary, o Samarkandzie nie wspominając (choć tamte rozwinęły się za czasów Timura, dwa wieki później – można więc powiedzieć, że Kunia Urgencz była dla nich inspiracją). Jest też odrestaurowana tylko w części.
Fatalna droga wiodła do samej granicy. Tu nasza grupa miała się rozdzielić, a my złapać taxi dalej. W związku z tym nie puszczono naszych aut do granicy – trzeba było drałować na piechotę 700 m w całkiem już konkretnym, ponad 30-stopniowym upale. Na granicy totalne pustki, zdecydowanie więcej wodzów niż Indian. No ale każdy musi udowodnić swoje istnienie, więc formalności i sprawdzanie bagażu zajęły całkiem sporo. Prawie wszyscy pytali o to, jak się żyje w Polsce i czy można tam pracować – najwidoczniej służba publiczna w Turkmenistanie nie bardzo popłaca.
_____
Czas pokrótce podsumować Turkmenistan. Nie będzie to z pewnością moje ulubione miejsce w Azji Centralnej. Centrum Aszhabadu można uznać za piękne, ale ja je traktuję bardziej jako dziwactwo, a co najwyżej ekstrawagancję. Kraj nie jest normalny i pewnie długo nie będzie – prezydent jest jeszcze bardzo młody i swoją twarzą bez żadnego wyrazu spogląda niemal z każdego miejsca w kraju. Mieszkańcy zdają się być z tym wszystkim pogodzeni.
Dwie pozytywne rzeczy muszę o Turkmenistanie napisać. Po pierwsze, wszędzie jest bardzo czysto. Ulice w Aszhabadzie wyglądają tak, że można by z nich było jeść bez obrusa, gdzie indziej jest tylko trochę gorzej. Po drugie – kobiety ubierają się bardzo ładnie, w kwieciste sukienki, często w narodowych barwach. W szkołach każdego szczebla obowiązują mundurki. Dziewczynki w podstawówce chodzą w zieleni, studentki w czerwieni. Chłopcy od szkoły średniej wzwyż – obowiązkowo w garniturze i pod krawatem. Kobiety niezamężne mają głowy odkryte lub w tradycyjnej czapeczce, kobiety zamężne wkładają na głowę chustki. Estetycznie to wszystko wygląda.
Oficjalny kurs manata to 3,5 za USD, a czarnorynkowy – 15 za USD. Po kursie oficjalnym kraj byłby bardzo drogi, po czarnorynkowym jest raczej tani, czy też bardzo tani. Posiłek w knajpie kosztuje od 2 USD (jakaś zupka) do 5 USD (większy kebab na talerzu w zestawie). Mimo niskich cen i tak niespecjalnie będę miał chęć tam wracać i zdaje się, że zdanie to podzielała większość, jeśli nie całość naszej grupy.