To miał być długi i intensywny dzień. Zresztą, wszystkie dni były długie, bo Adaś zwykle budził się koło 5 - 6 rano i nie dawał nam pospać (zostało mu to po powrocie do domu). 13 kwietnia mniej więcej o 5.30 leżeliśmy więc rozbudzeni na futonie w ryokanie w Kioto, kiedy poczuliśmy dość silny, choć krótkotrwały wstrząs. Wszystko trwało najwyżej 2-3 sekundy i leżąc na futonach (matach kładzionych bezpośrednio na podłodze) nie czuliśmy zagrożenia spadnięciem. Mimo wszystko Kasia, choć wcześniej nie miała problemu z przyjazdem do kraju sejsmicznego, trochę się przestraszyła i powiedziała, że nie chciałaby przeżyć tego drugi raz.
Trzęsienie z 13 kwietnia miało 6,3 stopnia w skali Richtera, co odpowiada „dużym wstrząsom, powodującym znaczne zniszczenia” (przypomnę, że tragiczne trzęsienie we włoskiej Apulii cztery lata temu miało 6,4 stopnia) i informacje na jego temat były podawane nawet w polskich serwisach informacyjnych. Epicentrum znajdowało się na wyspie niedaleko Kobe, dokładnie 100 km od Kioto. Wielkich zniszczeń nie było, choć 24 osoby zostały ranne – wszystko dlatego, że Japonia jest na takie wstrząsy przygotowana najlepiej na świecie.
Sam przyjąłem trzęsienie dość obojętnie, ale mina mi zrzedła, gdy przyszliśmy o 8 rano na stację kolejową, gdzie według tablicy opóźnienia sinkansenów sięgały dwóch godzin. W Japonii takie opóźnienia to duża rzadkość, musiało więc stać się coś poważnego. Lokalne pociągi były całkowicie zatrzymane i jazda w kierunku zachodnim (a tam mieliśmy jechać) była całkowicie niemożliwa. Znów mieliśmy jednak masę szczęścia, bo o 8.30, kiedy mieliśmy mieć nasz pociąg, ruch sinkansenów został w pełni przywrócony.
Udaliśmy się więc w kierunku kolejnego obiektu z listy UNESCO – zamku Himeji, najbardziej znanego i widowiskowego japońskiego zamku. Był to jeden z nielicznych dni, w których podróżowaliśmy z plecakami na plecach i musieliśmy zostawić je przed wejściem. Tutaj zostaliśmy niemile zaskoczeni, bo w Japonii nawet przechowalnie w muzeach są płatne, i to niemało – za skrytkę dla największych plecaków w Himeji trzeba zapłacić 400 jenów, czyli prawie tyle, co za bilet. Na szczęście jakoś upchnęliśmy dwa plecaki do jednej skrytki.
Ten rok i najbliższe dwa nie są najlepszą porą do odwiedzenia zamku Himeji. Do 2015 lub 2016 zamek jest poddawany gruntownej renowacji, do głównej wieży nie ma wstępu i w dodatku jest przykryta rusztowaniem, co bardzo psuje widok. Nie byłem tym zawiedziony, bo wiedziałem, co nas czeka, ale innych lojalnie ostrzegam, bo zamek traci sporo na atrakcyjności.
Pomimo zamknięcia głównej wieży cała trasa zwiedzania zajmuje półtorej godziny, a więc całkiem sporo. Część tego czasu spędziliśmy słuchając przewodnika, prowadzącego wycieczkę z polskiego biura Logos Tours. Zamek jest naprawdę ogromny, a z wysokości głównej wieży (tak, tak, można wjechać na szczyt rusztowania, żeby dowiedzieć się trochę o pracach konserwatorskich) rozpościera się świetny widok na miasto Himeji. Zamki japońskie są naprawdę klimatyczne i choć w środku jest przeważnie niewiele dekoracji, warto ich zwiedzić jak najwięcej.
Z Himeji wybraliśmy się do mało turystycznego, ale fantastycznego miejsca, o którym w następnym wpisie.