Ostatnie trzy dni podróży spędziłem w Kostaryce. Kostaryka jest zdecydowanie najbardziej turystycznym krajem Ameryki Centralnej, a jej wybrzeże pacyficzne jest wręcz zapakowane turystami z całego świata (choć oczywiście dominuje USA i Kanada). Leżeć na plaży nie znoszę, a w miejscach, które chciałem odwiedzić, turystów było znacznie mniej. A odwiedziłem – co nie budzi zdziwienia – trzy tamtejsze wpisy na listę UNESCO. Pierwszym był
Park Narodowy Rincon de la Vieja, część większego kompleksu Guanacaste na północnym zachodzie kraju. W parku wybrałem najdłuższą, 10-kilometrową trasę do wodospadu
La Cangreja, którą w dobrej kondycji pokonałem w 3 godziny. Szlak jest średnio trudny, na szczęście przez większość czasu idzie się w zacienionej dżungli, dopiero pod koniec wychodząc w suchy busz podobny nieco do brazylijskiego cerrado. Wstęp do parku trzeba rezerwować wyłącznie online, ale spóźnialscy mogą to zrobić na miejscu.
Następnego dnia zwiedziłem prekolumbijskie stanowisko archeologiczne
Finca 6, znane ze swoich kamiennych kul. Kamienne kule z Kostaryki to jedne z najciekawszych i najbardziej tajemniczych artefaktów z czasów prekolumbijskich w Amerykach. Do dziś nie do końca wiadomo, po co powstawały – być może żeby podkreślić ważność jej posiadaczy albo dokonywać obserwacji astronomicznych (niektóre z pewnością służyły do tego drugiego, ustawione w równych rzędach oświetlanych w szczególny sposób przez południowe słońce). Kule mają różne rozmiary – od kilkunastocentymetrowych po ponad metrowe, ważące po kilkanaście ton. Były odkrywane masowo w latach 30-tych XX w., kiedy to te tereny przejęła niesławna United Fruit Company i rozpoczęła produkcję bananów. Kule były zabierane do domów jako ozdoby bądź niszczone w poszukiwaniu ukrytych w nich skarbów (żadnych nie odkryto). Tereny Finca 6 miały szczęście, bo wiele kul przetrwało pod warstwą skał osadowych i piasku. Dziś można je oglądać w dużym zagęszczeniu na krótkiej trasie turystycznej nieopodal muzeum.
Zwiedzanie kostarykańskich miejsc zakończyłem na
Parku Narodowym Tapanti-Macizo de la Muerte. Droga nie obyła się bez przygód – Google Maps pokazało park w miejscu, gdzie nie było nic prócz drzew, musiałem więc jechać z duszą na ramieniu półtorej godziny dalej, ledwo mieszcząc się w przewidzianym w kupionym online (tak, jak w Guanacaste to jedyna możliwość) bilecie. Tapanti w odróżnieniu od Guanacaste jest bardzo, bardzo mokre – nawet w szczycie pory suchej na ziemi było pełno błota. Widoki jednak były słabsze, niż w Guanacaste, ale to może dlatego, że najdłuższy szlak został zamknięty.
Z Tapanti przywiozłem do domu pamiątkę w postaci kleszcza, zauważonego dopiero po przylocie do Polski. Było to jedno z nielicznych negatywnych doświadczeń podczas tej bardzo udanej podróży. Ameryka Centralna bardzo mi się spodobała i z pewnością tam kiedyś wrócę, nie tylko po brakujące wpisy na listę UNESCO. A propos, podczas 10 dni podróży mój unescowy licznik wzrósł o 12 i obecnie zatrzymał się na liczbie 805.