Z Bogoty przeleciałem do stolicy Salwadoru – San Salvador. Lotnisko jest położone na południe od miasta, ale żeby dostać się gdziekolwiek na północ kraju i tak trzeba przejechać przez stolicę – nie ma obwodnic. A więc zrobiłem sobie krótki przystanek, oglądając Pomnik Pamięci i Prawdy – upamiętnienie ponad 25 tys. ofiar represji i wojny domowej, trawiącej Salwador w latach 80-tych.
Jeszcze niedawno spacer po ulicach San Salvador trzeba było odbywać z duszą na ramieniu – kraj w 2019 r. miał jeden z najwyższych wskaźników zabójstw na świecie – 38 na 100 tys. mieszkańców, co dziś plasowałoby go w pierwszej dziesiątce, a odliczając małe państwa – w pierwszej piątce na świecie (w 2015 wskaźnik wynosił ponad 100, to już niekwestionowany lider list światowych). W 2019 do władzy doszedł obecny prezydent Nayib Bukele (co ciekawe, muzułmanin w kraju na wskroś katolickim) i zaczął walkę z przestępczością metodami dalekimi od demokratycznych – dziesiątki tysięcy ludzi podejrzanych o udział w gangach po prostu bezterminowo zamknął do więzień. Podejrzenie było łatwe do weryfikacji – gangusy miały odpowiednie tatuaże. Bezpardonowa walka przyniosła efekty – wskaźnik spadł do poziomu 1,9, czyli tyle, ile ma Kanada czy Maroko. Bukele jest niesamowicie popularny, choć naciąga prawo ile się da. W odróżnieniu do innych głów państw robiących to samo, Bukele jest jednak bardzo skuteczny, a z poprawy sytuacji korzysta całe społeczeństwo. Salwador staje się obecnie jednym z najciekawszych do odwiedzenia krajów regionu, a w zakresie bezpieczeństwa jest absolutnym liderem w całej Ameryce Łacińskiej.
Moja podróż wyraźnie miała na celu maksymalizację odwiedzonych miejsc z listy UNESCO, więc nie dziwi, że ze stolicy pojechałem do
Joya de Ceren, jedynego wpisu z Salwadoru. Joya de Ceren to miejsce związane z kulturą Majów, ale miejsce na wskroś specyficzne – nie znajdziemy tu monumentalnych piramid jak w Chichen Itza czy Tikal. W Joya de Ceren można za to obejrzeć jak wyglądało życie zwykłych ludzi w czasach imperium Majów. Joya de Ceren została opuszczona nagle, mieszkańcy ewakuowali się po wybuchu wulkanu, zostawiając cały dobytek, a nawet niedojedzone posiłki. W tym sensie Joya de Ceren jest podobna do Pompejów, z tym, że tutaj ewakuacja się udała, choć miejsce zostało zasypane na 1500 lat. Ale dzięki naturalnej konserwacji ostało się bardzo dużo – niemal nietknięte budynki, ceramika czy właśnie resztki jedzenia. Dzięki temu archeolodzy dowiedzieli się dużo o codziennym życiu mieszkańców prekolumbijskiej Ameryki. W Joya de Ceren natrafiono na najwcześniejsze ślady uprawy manioku w Amerykach. Opiekę duchową sprawował szaman, który był płci pięknej – dom szamanki zachował się doskonale.
Z Joya de Ceren zrobiłem sobie jeszcze samochodową wycieczkę na południe kraju, pod rzekę Lempa. Kraj jest górzysty, drogi raczej wąskie, więc średnia prędkość jest niska. Skończyłem dzień w pensjonacie tuż przy lotnisku. Ważna uwaga – w Salwadorze nie trzeba wymieniać pieniędzy, płaci się kartami, można też gotówką w USD.