Na granicy Eswatini-RPA w Lavumisa-Golela pobiliśmy chyba rekord szybkości. Policzyłem i wyszło dokładnie 12 minut na kontrole z obu stron – prawie jak w UE! Nikt w nic nie wnikał, nikt nie pytał o brak rejestracji z przodu. Wspaniale! Przy okazji, raz w Eswatini zostaliśmy zatrzymani przez policjantkę, która pytała o ten brak rejestracji z przodu. Krótkie wyjaśnienie ją przekonało i puścila nas wolno bez żadnych ceregieli.
Dzięki sporej oszczędności czasowej mieliśmy sporo czasu na zwiedzanie unescowego
Parku Narodowego iSimangaliso, blisko granicy z Mozambikiem (w 2025 r. Mozambik dodał zresztą do wpisu RPA swoją część PN Maputo, tworząc wpis transgraniczny).
Isimangaliso ma dwie części – bardziej lądową i wodną. Zaczęliśmy od lądowej, przekraczając granice parku przy bramie Nhlozi. Objechaliśmy w zasadzie wszystkie dostępne ścieżki, co zajęło nam tak 2,5-3h. Ze zwierząt było sporo żyraf, gnu, zebr, bawołów, no i przede wszystkim jednego z symboli parku, czyli hipopotamów. Isimangaliso ma również lwy i nosorożce, ale nie udało się nam ich zobaczyć.
Dwie części iSimangaliso nie są ze sobą połączone – trzeba wyjechać z parku i przez turystyczne centrum St Lucia dostać się do drugiej. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy przy wyjeździe zabrali nam permit i zapowiedzieli, że przekraczając granicę parku tego samego dnia musimy płacić drugi raz. Może nie było to zbyt wiele (trochę ponad 120 zł za rodzinę), ale byliśmy tak zdegustowani, że odpuściliśmy sobie część wodną i pojechaliśmy dalej na południe.
Tego dnia udało się zwiedzić jeszcze jedno miejsce z listy UNESCO – wraz z innymi jaskiniami wpisaną w 2024 r. jako
Plejstoceńskie miejsca zamieszkania w Afryce Południowej jaskinią Sibudu. Szukałem informacji na temat tej jaskini i nic nie byłem w stanie uzyskać. Napisałem nawet do jakiegoś ministerstwa prowincji KwaZulu Natal, ale bez odzewu. Postanowiliśmy więc pojechać i sprawdzić.
Dojechaliśmy prawie pod samą jaskinię. Do pokonania zostało ze 300 m pieszo, był tylko jeden problem - rzeka, którą trzeba było przekroczyć. Na szczęście obok były jakieś domy i jeden z gospodarzy zaoferował się nam pomóc. Żona i dzieci zostali na brzegu, a ja z samozwańczym przewodnikiem przeszedłem przez rzekę. Jestem mu mocno wdzięczny, bo sam z pewnością nie dałbym rady przejść – nurt był wartki, dno bardzo nieregularne, i nawet trzymając przewodnika za rękę byłem kilka razy bliski upadku w wodę. Na szczęście udało się w obie strony przejść bez przymusowej kąpieli. Przewodnik przydał się też o tyle, że wskazał na trujący bluszcz porastający zbocze jaskini. Można go dotykać, ale biada temu, który poparzy się jego sokiem – działa ponoć tak jak importowany u nas ze Wschodu barszcz Sosnowskiego.
Sama jaskinia za wiele nie wzbogaciła mojej wiedzy. Ekipa niemieckich archeologów prowadziła tam prace wykopaliskowe i ustaliła, że miejsce to było zasiedlone od ok. 77 tys. lat. Oczywiście na miejscu nie pozostało nic prócz ładnych widoków, wszystko wywieziono do muzeów w dużych miastach.
Popołudnie spędziliśmy w Durbanie, jednym z największych miast w RPA, niecieszącym się specjalnie dobrą sławą. W ścisłym centrum było jednak w porządku, choć raczej nie zdecydowałbym się na chodzenie tam po zmroku. Wystarczyło zresztą wyjść w jedną z bocznych uliczek, żeby zauważyć ogólny nieporządek, w tym kilka przejechanych szczurów naprawdę pokaźnej wielkości.
PS Po długiej przerwie wreszcie jest jakiś rysunek Martyny.