Atrakcje Meksyku można z grubsza podzielić na trzy grupy:
1. stanowiska archeologiczne z epoki prekolumbijskiej,
2. historyczne kolonialne centra miast,
3. pozostałe
Grupę „pozostałe” można podzielić na dwie podgrupy:
- parki narodowe i rezerwaty przyrody,
- pozostałe „pozostałe”.
Na 35 miejsc z listy UNESCO, którymi szczyci się Meksyk, 10 podpada pod pierwszą grupę a aż 11 pod drugą. W grupie trzeciej miejsca przyrodnicze to 7 miejsc a tylko 7 to pozostałe pozostałe.
Po zwiedzeniu Teotihuacan (ewidentnie miejsce z pierwszej kategorii) w drugiej połowie dnia zwiedziliśmy po jednym przedstawicielu każdej z trzech grup – można więc powiedzieć, że zaliczyliśmy Meksyk w pigułce.
Zaczęliśmy od osobliwego pomnika kolonialnej sztuki inżynieryjnej -
Akweduktu Ojca Tembleque, ogromnej konstrukcji, przy pomocy której zaopatrywano w wodę samą stolicę Meksyku. Hiszpanie nauczyli się sztuki budowania akweduktów od Rzymian, twórczo ją rozwinęli i przenieśli do Meksyku, gdzie okazała się bardzo potrzebna. Stosunki wodne i ukształtowanie powierzchni w tym kraju wymusiły stosowanie akweduktów i po dziś dzień są one ozdobą niektórych miast. Akwedukt Ojca Tembleque doskonale zachował się do dzisiejszych czasów i warto go zwiedzić – tym bardziej, że od Teotihuacan dzieli go zaledwie pół godziny jazdy.
Zanim dotarliśmy do kolejnej atrakcji, przeżyliśmy kolejną niezaplanowaną przygodę – tym razem z własnej, czyli mojej, winy. Na autostradzie, kilkanaście kilometrów przed zjazdem, skończyło mi się paliwo. Wiele lat już jeżdżę po świecie, a coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz. Zadzwoniłem po pomoc do obsługi autostrady i za jakieś 20 minut przyjechali chłopaki z kanistrem. Kanister mieli, ale żadnego lejka już nie – benzynę wlewaliśmy przez znalezioną na poboczu plastikową butelkę, wlew paliwa podważając kawałkiem drutu. Czasami profesjonalizm w Meksyku totalnie mnie rozbrajał. Przygoda skończyła się dobrze, za interwencję nie zapłaciłem nic, a za paliwo tyle samo, ile wydałbym na stacji. Usługi w tym kraju są ciągle śmiesznie tanie!
Kolejnym przystankiem naszej odysei była
Tula, miejsce, o którego zwiedzeniu marzyłem od dzieciństwa. Sam nie wiem, czemu tak pociągała mnie ta Tula, chyba spodobały mi się zdjęcia świetnie zachowanych posągów. Tula to pomnik cywilizacji
Tolteków, najbardziej chyba tajemniczego ludu z epoki przedkolumbijskiej. Niektórzy uważają Tolteków za odrębną grupę etniczną, inni twierdzą, że była to raczej nazwa epoki w rozwoju cywilizacji Mezoameryki. Patrząc na architekturę, nie byli aż tak bardzo oryginalni – tak jak Majowie i Aztekowie grali w pelotę, budowali piramidy i sale kolumnowe. Ale posągi zostawili wspaniałe.
Długi dzień jak zwykle kończyliśmy w historycznym centrum – tym razem padło na
Queretaro. W sobotę wieczorem zabytkowe centrum było bardzo zatłoczone, ciężko było znaleźć wolne miejsce w restauracji. Trafiliśmy na ślub, a raczej przerwę w ceremonii, w trakcie której para młoda pozowała do zdjęć pod ogromnymi kukłami – swoimi karykaturami. Wygląda na to, że Meksykanie to naród zakochany w sztuce – na każdym większym placu był jakiś street performance, a dwa razy mijaliśmy przedstawienia podwórkowego teatru. Koniec końców ze wszystkich unescowych centrów to właśnie Queretaro podobało się nam najbardziej.